Co Warszawa to jednak Warszawa.
Taki gest, taka ekstrawagancja, taki styl… no to tylko w stolicy.
Żeby na malucha indywidualną…
Ja powiem tak – nie stać mnie na tak szeroki horyzont myślowy.
Inna rzecz, że dla mnie maluch to po prostu drogowy szkodnik.
przez moje zycie maluch kroczyl dzielnie.
dawno temu mial go ojciec (ktorys z rzedu egzemplarz i w dodatku wymieniony na gwarancji przez polmozbyt po 7 duzych naprawach, a i tak łachę wielką robili i mój padre chciał już im tam granat oknem wrzucic.)
i tu pamietam wycieczki do holandii 1200km z przyczepa „niewiadow”. zawsze zapasowy rozrzad sie wozilo, bo nie bylo trasy, zeby cos nie jebnelo. z przyczepa predkosc max = 55km – by nie tarasowac niemieckich autobahn to ciagnelismy sie pasem awaryjnym… wtedy tez w wieku 13-14 lat (czyli wiekszośc uzytkownikow bloga wjeżdzalo wtedy na kapciu pod szafę;p) stawialem swoje piersze kroki jako drajwer, bo bylem zmiennikiem ojca na trasie, ale jechalem tylko po austradzie i tylko pod oslona nocy, by w razie co zdarzyc się przesiąść. Stad moje zamilowanie do nocnej jazdy.
potem zdawalem prawko na maluchu zimowa porą, a ze chadzałem wtedy w szerokich butach martensach to na jazdy i egzamin bralem trampki na zmiane, bo w martensach jak chciałem wcisnac gaz to przy okazji i wciskal się hamulec 🙂
Niczym w dowcipie – czym się rozni sportowa wersja malucha od zwyklej? – dodatkowym bagażnikiem na trampki… 🙂
a jak juz mialem 19 to czesto smigalem maluszkiem kumpla – wersja również „sport” – a wynikalo to ze spojlerow i kulki na kierownicy ;).
Ba, nawet na studniowke od niego pozyczylem tego „karlowatego pierdziela” – A poniewaz nie odbijal pedał gazu to sobie odgniotłem pantofel… w ogole tylko 3 osoby potrafily tym trupem jeździć. Przednia os chodzila luzno (!!) o 10-15 cm przod-tyl. Co przy hamowaniu dawalo efekt ostrego ściągnięcia w prawo, dlatego trzeba było kontrowac kierownica przy hamowaniu…
Smiesznie tez było gdy urwal się tłumik. Telepiemy się do spawacza z wielkim hukiem i dosłownie 100 metrow od warsztatu halt – kontrola i tekst psow z drogowki „zakładaliśmy się z kolega jaka wersje przyjmiecie, a)-dopiero co wam się urwal, b- jedziecie wlasnie to naprawic. … Dowód rejestracyjny nigdy nie zostal odzyskany. Jezdzilo się bez, a potem maluszka za „flaszke” odkupil inny kumpel.
Potem ziom zmienil swoj stan posiadania na „kwadrata” – to byl luksus 🙂
I kiedy wydawaloby się ze zakończyłem przygody z maluchami to ze 4 lata temu jak naprawiałem swój lubowóz u kumpli to pożyczyłem ich malucha z klatką i ‘rozwierconym’ silnikiem. Oj, ale miałem frajde jak śmigałem po warszawie. I tylko jak wyjechałem na wisłostradę to mnie chamy szybko zepchnęli na skraj jezdni – i powiem jedno – taka przesiadka to malego, słabszego pojazdu uczy pokory na drodze. Oj uczy.
Ale zem się z nudow – braku apdejtow rozpisal… mam nadzieje ze „urzekla was moja historia” heheh 😉
taa…
ja z 10 lat temu, za czasów liceum dorabiałem sobie z kumplami rozlepiając w nocy po mieście plakaty wyborcze. Niezła jazda: jeździliśmy we czterech maluchem-rzęchem mamy mojego kumpla. Ja „za fajerą”, bo jako jedyny miałem już prawko! Na siedzeniu pasażera mój ziom z wiadrem mączno-wodnego kleju na kolanach. Z tyłu dwóch – a między nimi drugie wiadro. Na dachu aluminiowa drabina, szczotki na kiju i rulony plakatów. Śmiesznie to wyglądało i cali byliśmy w tym p***ym kleju, ale kaszel dawał radę! Nawet straży miejskiej udało się uciec 😉
Ja tez swojego Fiata 126 Elx miło wspominam (aka „niebieski jeep”), choc tylko przez 4 miesiące go posiadałem zrobiwszy 6 kkm. Szkoda, że zima nie dane było mi nim jeździć, RWD to jest to! 🙂
Baku – żałosne jest to jak mówisz o aucie który zmotoryzował Polaków… Ty pewnie zaczynałes od Merca S-klasy, nie mam pytań :-/
Pamiętajcie, że to nie jedyny Maluch na blogu, kiedyś podesłałem Z1 NETTO. Dla mnie to też drogowy szkodnik, co z tego, ze kiedyś zmotoryzował Polskę??? Maluch to dzisiaj po prostu torownik szos…
Nie. Nie zaczynałem od Merca i nie mam sprowadzonego VW tylko Forda z salonu (stary bo stary, ale zestarzał się ze mną). A zaczynałem od Fiata Uno.
Malucha znam. Ojciec „toto” miał. Moja przygoda z tą imitacją samochodu obejmowała również dłuższe trasy za kierownicą (Łódź-Lublin-Łódź) i są to wspomnienia przykre.
Przykro mi, ale nie czuje żadnego sentymentu do tego erzacu. Nie odbieram mu zasług w motoryzacji Polski, ale świat idzie do przodu, a maluch jest na poziomie rozwoju wolanta i takież oferuje doznania z jazdy.
A żałosna to jest tania psychoanaliza w waszym wydaniu i ślepa krytyka cudzych poglądów tylko dlatego że są inne od waszych.
Nie zamierzam się ekscytować fiatem 126p. Nie podoba mi się wizualnie, technicznie, jakościowo. Pod każdym względem jest to porażka. I ja mam się tym zachwycać tylko dlatego że kiedyś prawie wszyscy w Polsce MUSIELI tym jeździć jeśli chcieli mieć cokolwiek na 4 kołach? No przepraszam bardzo, ale bez gruzińskiej herbaty i telewizorów Rubin jakoś potrafię żyć. Bez malucha też. A wy – proszę bardzo, tońcie w zachwytach, krzyżyk na drogę.
baku, chillout
ja nie tone w zachwytach – wszak komfort jazdy jest porownywalny do slizgania sie gola dupa po nieheblowanej desce. Zwracam uwage jedynie ze co starsi userzy przezyli swoje chwile w maluchu, mniej lub bardziej smieszne, z koniecznosci jazdy maluchem a nie z wyboru bo taki „fajny”.
Toleruje maluchy na drodze (wiejskie dukty lub na trasie z przypadku) byle by mi nie jechal 45km/h przy osi jezdni tylko grzecznie blizej pasa awaryjnego.
Moja mama od jesieni 2000 jeździła przez półtora roku malcem i sprzedała go, bo już go miała dość 😉 Czerwony, rocznik 1990. Przez te półtora roku jedyne dłuższe trasy to najpierw jazda z Piły, skąd go odbieraliśmy, i potem 3 razy w Bydgoszczy (2 razy mama za kółkiem, raz tata), z czego 2 razy się rozkraczył w drodze powrotnej. Resztę przejeździł po CIN i okolicznych wioskach. Rodzice mieli w planach, żeby zostawić mi go na osiemnastkę, ale na szczęście szybciej się go pozbyli 😀
Niemniej nie uważam malucha za zło na drogach.
nieźle.. dwa maluchy byłyby 🙂
Co Warszawa to jednak Warszawa.
Taki gest, taka ekstrawagancja, taki styl… no to tylko w stolicy.
Żeby na malucha indywidualną…
Ja powiem tak – nie stać mnie na tak szeroki horyzont myślowy.
Inna rzecz, że dla mnie maluch to po prostu drogowy szkodnik.
A według mnie to takie miłe urozmaicenie pośród tych wszystich zindywidualizowanych Mercedesów, Volkswagenów itp 🙂
przez moje zycie maluch kroczyl dzielnie.
dawno temu mial go ojciec (ktorys z rzedu egzemplarz i w dodatku wymieniony na gwarancji przez polmozbyt po 7 duzych naprawach, a i tak łachę wielką robili i mój padre chciał już im tam granat oknem wrzucic.)
i tu pamietam wycieczki do holandii 1200km z przyczepa „niewiadow”. zawsze zapasowy rozrzad sie wozilo, bo nie bylo trasy, zeby cos nie jebnelo. z przyczepa predkosc max = 55km – by nie tarasowac niemieckich autobahn to ciagnelismy sie pasem awaryjnym… wtedy tez w wieku 13-14 lat (czyli wiekszośc uzytkownikow bloga wjeżdzalo wtedy na kapciu pod szafę;p) stawialem swoje piersze kroki jako drajwer, bo bylem zmiennikiem ojca na trasie, ale jechalem tylko po austradzie i tylko pod oslona nocy, by w razie co zdarzyc się przesiąść. Stad moje zamilowanie do nocnej jazdy.
potem zdawalem prawko na maluchu zimowa porą, a ze chadzałem wtedy w szerokich butach martensach to na jazdy i egzamin bralem trampki na zmiane, bo w martensach jak chciałem wcisnac gaz to przy okazji i wciskal się hamulec 🙂
Niczym w dowcipie – czym się rozni sportowa wersja malucha od zwyklej? – dodatkowym bagażnikiem na trampki… 🙂
a jak juz mialem 19 to czesto smigalem maluszkiem kumpla – wersja również „sport” – a wynikalo to ze spojlerow i kulki na kierownicy ;).
Ba, nawet na studniowke od niego pozyczylem tego „karlowatego pierdziela” – A poniewaz nie odbijal pedał gazu to sobie odgniotłem pantofel… w ogole tylko 3 osoby potrafily tym trupem jeździć. Przednia os chodzila luzno (!!) o 10-15 cm przod-tyl. Co przy hamowaniu dawalo efekt ostrego ściągnięcia w prawo, dlatego trzeba było kontrowac kierownica przy hamowaniu…
Smiesznie tez było gdy urwal się tłumik. Telepiemy się do spawacza z wielkim hukiem i dosłownie 100 metrow od warsztatu halt – kontrola i tekst psow z drogowki „zakładaliśmy się z kolega jaka wersje przyjmiecie, a)-dopiero co wam się urwal, b- jedziecie wlasnie to naprawic. … Dowód rejestracyjny nigdy nie zostal odzyskany. Jezdzilo się bez, a potem maluszka za „flaszke” odkupil inny kumpel.
Potem ziom zmienil swoj stan posiadania na „kwadrata” – to byl luksus 🙂
I kiedy wydawaloby się ze zakończyłem przygody z maluchami to ze 4 lata temu jak naprawiałem swój lubowóz u kumpli to pożyczyłem ich malucha z klatką i ‘rozwierconym’ silnikiem. Oj, ale miałem frajde jak śmigałem po warszawie. I tylko jak wyjechałem na wisłostradę to mnie chamy szybko zepchnęli na skraj jezdni – i powiem jedno – taka przesiadka to malego, słabszego pojazdu uczy pokory na drodze. Oj uczy.
Ale zem się z nudow – braku apdejtow rozpisal… mam nadzieje ze „urzekla was moja historia” heheh 😉
Gdyby byl z lat 70,80tych i w takim stanie to by byl „Antyk”. A tak to mu duzo brakuje. W0 MALAR to rozumiem.
taa…
ja z 10 lat temu, za czasów liceum dorabiałem sobie z kumplami rozlepiając w nocy po mieście plakaty wyborcze. Niezła jazda: jeździliśmy we czterech maluchem-rzęchem mamy mojego kumpla. Ja „za fajerą”, bo jako jedyny miałem już prawko! Na siedzeniu pasażera mój ziom z wiadrem mączno-wodnego kleju na kolanach. Z tyłu dwóch – a między nimi drugie wiadro. Na dachu aluminiowa drabina, szczotki na kiju i rulony plakatów. Śmiesznie to wyglądało i cali byliśmy w tym p***ym kleju, ale kaszel dawał radę! Nawet straży miejskiej udało się uciec 😉
Moja przygoda z Kaszlakiem zakończyła się 7 lat temu na Wisłostradzie na filarze od Trasy Łazienkowskiej. A tak lubiłem to autko. Moje pierwsze… 🙁
Ja tez swojego Fiata 126 Elx miło wspominam (aka „niebieski jeep”), choc tylko przez 4 miesiące go posiadałem zrobiwszy 6 kkm. Szkoda, że zima nie dane było mi nim jeździć, RWD to jest to! 🙂
Baku – żałosne jest to jak mówisz o aucie który zmotoryzował Polaków… Ty pewnie zaczynałes od Merca S-klasy, nie mam pytań :-/
WWl ma racje, lepiej by ta blacha wygladala na poczciwym 30 tudzież 20 letnim Fiacie 126P
pozdr.
To się nazywa syndrom Wielkiego Pana w sprowadzonym Golfie 🙂
Pamiętajcie, że to nie jedyny Maluch na blogu, kiedyś podesłałem Z1 NETTO. Dla mnie to też drogowy szkodnik, co z tego, ze kiedyś zmotoryzował Polskę??? Maluch to dzisiaj po prostu torownik szos…
Nie. Nie zaczynałem od Merca i nie mam sprowadzonego VW tylko Forda z salonu (stary bo stary, ale zestarzał się ze mną). A zaczynałem od Fiata Uno.
Malucha znam. Ojciec „toto” miał. Moja przygoda z tą imitacją samochodu obejmowała również dłuższe trasy za kierownicą (Łódź-Lublin-Łódź) i są to wspomnienia przykre.
Przykro mi, ale nie czuje żadnego sentymentu do tego erzacu. Nie odbieram mu zasług w motoryzacji Polski, ale świat idzie do przodu, a maluch jest na poziomie rozwoju wolanta i takież oferuje doznania z jazdy.
A żałosna to jest tania psychoanaliza w waszym wydaniu i ślepa krytyka cudzych poglądów tylko dlatego że są inne od waszych.
Nie zamierzam się ekscytować fiatem 126p. Nie podoba mi się wizualnie, technicznie, jakościowo. Pod każdym względem jest to porażka. I ja mam się tym zachwycać tylko dlatego że kiedyś prawie wszyscy w Polsce MUSIELI tym jeździć jeśli chcieli mieć cokolwiek na 4 kołach? No przepraszam bardzo, ale bez gruzińskiej herbaty i telewizorów Rubin jakoś potrafię żyć. Bez malucha też. A wy – proszę bardzo, tońcie w zachwytach, krzyżyk na drogę.
baku, chillout
ja nie tone w zachwytach – wszak komfort jazdy jest porownywalny do slizgania sie gola dupa po nieheblowanej desce. Zwracam uwage jedynie ze co starsi userzy przezyli swoje chwile w maluchu, mniej lub bardziej smieszne, z koniecznosci jazdy maluchem a nie z wyboru bo taki „fajny”.
Toleruje maluchy na drodze (wiejskie dukty lub na trasie z przypadku) byle by mi nie jechal 45km/h przy osi jezdni tylko grzecznie blizej pasa awaryjnego.
:chill ;D
U mnie przeważają raczej przykre wspomnienia.
Dobre podsumowanie; mogę się pod nim podpisać.
Krótko mówiąc, niech będzie ale tylko przy prawej krawędzi hehe ;). Pozdrawiam
„(…)wszak komfort jazdy jest porownywalny do slizgania sie gola dupa po nieheblowanej desce.”
heheh 😀 to zdanie mnie rozwaliło 😀
pozdr.
Moja mama od jesieni 2000 jeździła przez półtora roku malcem i sprzedała go, bo już go miała dość 😉 Czerwony, rocznik 1990. Przez te półtora roku jedyne dłuższe trasy to najpierw jazda z Piły, skąd go odbieraliśmy, i potem 3 razy w Bydgoszczy (2 razy mama za kółkiem, raz tata), z czego 2 razy się rozkraczył w drodze powrotnej. Resztę przejeździł po CIN i okolicznych wioskach. Rodzice mieli w planach, żeby zostawić mi go na osiemnastkę, ale na szczęście szybciej się go pozbyli 😀
Niemniej nie uważam malucha za zło na drogach.
Jeszcze a propos malców – oto widok spod jednego z warszawskich bloków z wakacji 2008:
http://img222.imageshack.us/img222/4644/malceuj1.jpg